Z czym je się je?


Blog został założony przez Inkę, swego czasu zawziętą Makoszkowiczkę. Tam kupiła pierwszego konia i poznała wyjątkowych ludzi, a między innymi uzależniającą jak same zwierzęta Artemidę. Pokazała jej stronkę i tak oto bazgrzą coś we dwie!
Inka ma lat 19, Arcia 18, łączyło je chodzenie do klasy biologiczno-chemicznej i posiadanie (z szacunkiem dla naszych wierzchowców) koni - och, pardon - stworka huculskiego i konia prawie hanowerskiego :). Mieszkają na wschodzie Polski, na dwóch krańcach województwa lubelskiego. Powinny zajmować się szkołą, nauką, obowiązkami... Ale jeszcze kiełbie im we łbie i nieraz spędzanie czasu z końmi i tym, co z nimi związane jest ich słodką ucieczką od codzienności. Interesują się tworzeniem (rysunkiem, pisaniem, etc.) a także psychologią, etologią, komunikacją międzygatunkową i hipologią oczywiście.

Blog skupia się na ich końskopochodnych przemyśleniach oraz doświadczeniach.

Zdjęcia, jeśli nie należą do nas, udostępniane są dzięki uprzejmości ich autorów.

wtorek, 15 lipca 2014

As z rękawa, czyli skuteczność odwrotnej psychologii

Na pewno nie dasz rady przeczytać do końca tego wpisu.


(I zjawisko zwane odwotną psychologią zaczyna działać...)

Z niewolnika nie ma pracownika. Na pewno każdy zna to powiedzenie, jest bardzo trafne. Jak ktoś musi coś zrobić, to już zrobi. Ale nigdy tak samo, jak ten, który robi coś z pasją - bo chce, bo taką ma potrzebę.

No, ale żeby chciał, to musi mieć wybór. Ten post można przeczytać lub nie. Pierwsze zdanie zamieszczone na samej górze prowokuje do tego, żeby się dowiedzieć DLACZEGO zarzucam czytelnikowi, że nie da rady przeczytać zamieszczonych wypocin. CIEKAWOŚĆ popchnie do zapoznania się z tekstem.


A na czym polega dawanie wyboru dla zwierzęcia? (np. JOIN-UP - technika oparta na końskim instynkcie)

Pamiętacie, jak pisałam o Kiki i jej niepożądanych zachowaniach? Wiele z nich przepracowałam stosując coś, co było przeciwieństwem moich własnych oczekiwań. Co to znaczy?

Weźmy na przykład taką sytuację: koń kręci się przy wsiadaniu. Czy go przytrzymam, albo poproszę kogoś, aby to zrobił i szybko wskoczę? Na pewno nie. Ale pokażę, że stanie jest jedyną rzeczą, jaką zwierz zechce robić, a do tego pozwolę mu na to wpaść niemalże samemu!
Jak? Dać koniuchowi robotę. Jeśli my nie zajmiemy się koniem, on z pewnością znajdzie sposób na zajęcie nas! Nie tak bardzo skutecznym jest lonżowanie podczas którego przez dłuższy czas koń porusza się w jednym kierunku dla "spuszczenia pary". O wiele skuteczniejsza jest praca na okrągłym wybiegu bez połączenia z koniem (lonża, wodze, lina, etc), za pomocą gestów, EWENTUALNIE po ich zastosowaniu wzmocnionych narzędziem.

Ten rodzaj przyuczania o którym dziś piszę, nie musi opierać się na konkretnym budowaniu relacji czy przywództwa, bo jeśli posiądziemy takowe, to może się okazać, że te metody staną się niepotrzebne - po prostu koń nie będzie widział potrzeby w kręceniu się, bo sbycie z nami będzie przyjemne i nieskłaniające do wiercenia się, które jest formą ucieczki i mówi nam dużo o tym, jaki koń ma stosunek do nas i zaistniałej sytuacji.

Morgan Schmidt, theideaoforder.com - świetna ilustracja :)



Wracając do odwrotnej psychologii, podam kilka przykładów zastosowania:
-koń tuż po określonym ćwiczeniu, boi się bata
Poprosiliśmy np. o odangażowanie zadu, zrobiliśmy to z intencją i użyciem bacika. Tuż po ćwiczeniu chcemy pogłaskać konia bacikiem, ale on nadal od niego odchodzi.
Podpatrzyłam u Clintona, że liczy do trzech i jeśli koń nie staje, to zaczyna ćwiczenie od nowa. I tak w kółko, aż koń nie wpadnie, że to już koniec i można "zluzować".

-koń jest nadmiernie aktywny
My prosimy o stęp, a on kłus! Ok, jak chcesz szybciej, to niech będzie szybciej - poproś o galop, dopóki sam nie zaproponuje niższego chodu.

-koń ucieka na pastwisku/ padoku/ podwórku, kiedy my chcielibyśmy podejść
Wystarczy go wtedy pogonić. Szybko zmieni zdanie, ponieważ konie od poganiania wolą święty spokój. Oczywiście niezmiernie jest ważne, KIEDY przestaniemy poganiać. Jeśli wtedy, kiedy nadal ucieka, to tylko wzmocnimy w nim chęć ucieczki. Jeśli wtedy, kiedy na nas patrzy (nawet samym uchem), przestaniemy ganiać - damy mu do myślenia.

Oczywiście fakt, że koń nie robi to, o co się go prosi nie wynika jedynie z jego niedoszkolenia czy złego wychowania. Być może to MY robimy zwyczajnie coś nie tak.
To bardzo proste i niemalże łopatologiczne przykłady, ale działają. Nie polecam ich długodystansowo, bo o wiele praktyczniejsze jest budowanie w koniu przeświadczenia, że fajnie jest z nami być, a nie - niefajnie jest z nami nie być (dzięki, Dianka!). Różnicy niby nie ma, a jednak jest ogromna. Poza tym - im większą liczbą technik żonglujemy, tym większe prawdopodobieństwo, że nie staniemy się zbyt przewidywalni, a w rezultacie - nudni dla konia. Ach, jeszcze kilka, troszkę bardziej nietypowych:

-na leniwego konia
To zabawne, że jeśli urwiemy naszą prośbę tuż po wykonaniu jej (np. poprosimy o wyeksmitowanie jakiejś dawki energii w postaci szybszego chodu czy zwiększenia zakresu ruchu) i od razu przerwiemy prośbę, sprawimy, że koń zacznie się wybudzać i interesować, a także pobudzimy go do pewnego rodzaju zabawy. To bardzo ożywcza metoda, która uczy nas brać od konia niewiele, ale następnie dostawać niesamowite rezultaty!

-na gryzienie
Koń odwraca się, żeby was ugryźć przy siodłaniu? Czemu by nie wyciągnąć wtedy marchewki? :) Całkowicie nie w moim stylu, ale kto broni spróbować. Dla konia to na pewno pozytywny szok! 

Pomysły nie są moje, nie wymyśliłam ich. Jest sporo doświadczonych koniarzy, u których to podpatrzyłam lub wyczytałam.

Warto się zastanowić, czy wolimy "nie tracić czasu" i robić coś, czego koń wyraźnie sobie nie życzy i jest przez to nieprzyjemny w obchodzeniu się z nim, czy może jednak ułatwimy mu zmianę zdania - nie przez przymuszenie, ale przez dokonanie wyboru, którego skutki mu pokażemy. A to wymaga od nas wykorzystywania przez nas zdolności myślenia, poświęcenia czasu, posiadania kreatywności i cierpliwości - całkiem dobrych cech, nie?

"Uczyń niepożądane zachowania trudnymi, a pożądane - łatwymi!"



środa, 2 lipca 2014

5 love languages, czyli o zrozumieniu potrzeb

Post z kilku miesięcy wstecz, postanowiłam go wstawić, żeby nie zalegał w kopiach roboczych.



Obejrzyjcie uważnie ten filmik, ponieważ zwraca on uwagę na bardzo ważny aspekt związany z końmi. Warwick Schiller, jeden z moich ulubionych koniarzy (skupiony głównie na dyscyplinie reining, pochodzi z Australii, mieszka w USA, tam pracuje z końmi wszelkiego pokroju - od gorącokrwistych przeznaczonych do ujeżdżenia po kucyki), skłania tutaj do refleksji nad POTRZEBAMI - ludzkimi i końskimi.

Sama doszłam do wniosku, że kluczowe w kontaktach ze zwierzętami jest ich zrozumienie. Bo jak można efektywnie pracować nad czyimś charakterem, skoro nie uwzględnia się jego potrzeb?
Jeśli chcemy uważnego, ufnego, bezpiecznego, chętnego do współpracy i przyjaznego konia do końca jego życia, to musimy wiedzieć, co MY powinniśmy mu zaoferować w zamian za oczekiwane zachowanie. Przez długi czas myślałam, że z końmi można zrobić wszystko w krótkim czasie. Można je zmienić o 180 stopni w ciągu kilku/kilkunastu godzin i ograniczyć negatywny w naszym postrzeganiu wpływ ich naturalnych instynktów na rzecz relacji/wyuczonych reakcji.
Można powiedzieć, że tak bywa w istocie - czego dowodem jest Road to The Horse, ale długotrwałe efekty zależą od powtarzalności i stabilności w pracy z nimi.
Pisałam o czasie i wyczuciu, stosowaniu małych kroczków i działania za zasadzie "raz a dobrze", a także o naszych wewnętrzych strachach. Przyszła pora na odpowiedzenie sobie na pytanie: dlaczego właśnie tak?

Kobiety znacznie różnią się od mężczyzn (no nie, Amerykę odkryła) - jeśli przyjrzymy się chociażby, ilu jest koniarzy odnoszących wyjątkowo spektakularne lub po prostu szybkie i skuteczne porozumienie z końmi, to są to głównie panowie. Powód?
Ano ludzka natura. My, dziewczyny, mamy wpisane w geny: delikatniejsze, "okrągłe" ruchy, słabszą muskulaturę, wrażliwsze wnętrze i bardziej emocjonalne postrzeganie świata. Nie mówię, że każda z tych cech jest nierozłącznie przypisana KAŻDEJ kobiecie, ale zdecydowanie te nas zazwyczaj odróżniają się od płci przeciwnej. Feministki oraz Ci "subtelniejsi" panowie mogą się ze mną nie do końca zgadzać - ale chcą czy nie chcą, sprawa wciąż wygląda tak samo. Mogę nałożyć spodnie, ale to nie zmienia mojej płci, fizyczności czy psychiki. I to prawda, że jest wiele kobiet, które są zaradne, konkretne, zdecydowane i wcale nie muszą być delikatne. Tak samo - jak wielu wrażliwych mężczyzn.
Wiadomo, że płci żeńskiej jest w końskim przemyśle zdecydowanie więcej. I rzeczywiście jest kilka znanych damskich postaci, które wymieniamy bez zastanowienia kojarząc je z końmi.
Do czego dążę - płeć nie określa, czy będziemy świetnymi koniarzami. Ale zdecydowanie weryfikuje nasze naturalne predyspozycje, z którymi nie ma co walczyć. Trzeba nauczyć się je wykorzystywać, a ewentualne braki zapełniać pracą nad sobą, a także pozwalać na kształtowanie siebie przez czas, doświadczenie i rozum.

Pisałam o swoich problemach - o tych fizycznych i trochę o tych psychicznych. Wiele blokad pootwierało mi się, co nie znaczy, że mój mózg o nich nie pamięta.

Emocjonalność w świecie koni nie jest dobrą cechą. Oznacza słabość, a słabe jednostki odpadają szybko. Dlatego nasze nerwy, strach, agresja czy cokowliek, co wykracza poza balans - przenosi się na zwierzę. Ono reaguje od razu, bo jego życiową misją jest... po prostu przeżyć kolejną chwilę. A to, co zagraża życiu - może być niewielkie, nieistotne a nawet nie istniejące. Zwierzę włącza tryb ucieczki, kiedy tylko poczuje ewentualne niebezpieczeństwo (którego przyczyną, nawet nieświadomie, jest nieraz właśnie nasze zachowanie wywołane emocjami). I teraz zależy od nas - czy będziemy stawać się ich rozsądnymi przewodnikami, czy będziemy ignorować ich potrzeby i skupimy się realizowaniu własnych.
My potrzebujemy koni, nie one nas. Jeśli chcemy żyć w harmonii (która jest przyjemna, zarówno dla człowieka, jak i dla zwierzęcia), to musimy przestać być egoistami. Bo dla nas, ludzi co się niestety liczy bardzo często?
-zysk
-pieniądze
-efekt
-zabawa
-adrenalina
- połechtanie "ego", zajmowanie się własnymi sprawami
-zwyczaje, tradycje

Nikt z nas nie lubi się zmieniać, szczególnie jeśli znalazł to w miarę "wygodne, sprawdzone" miejsce. Mimo że widzimy, że coś jest nie tak, przymykamy oczy. Nakładamy klapki i wszystko znowu jest w miarę w porządku. Dobrze jest, jak coś nam się popsuje lub naprawdę przestanie wychodzić. Wtedy mamy możliwość nabrania pokory, zastanowienia się nad sobą i dokonania remamentu w postępowaniu.

Wracając do potrzeb końskich, jak myślicie, w jaki sposób je realizujecie?

Zapewniacie im opiekę masztalerską (czasem pośrednio, łożąc pieniądze za ich użytkowanie), schronienie (stajnię, wiatę, ogrodzony teren), ziemie do biegania, pożywiania się i wspólnych interakcji, dbacie o ich czystość, werkujecie czy kujecie kopyta, angażujecie weterynarza.

Teraz my potrzebujemy konia do pracy. Jaki koń jest zdatny do wspólpracy z człowiekiem? Podporządkowany i bezpieczny. Nie ładny, kary, siwy, kucyk czy holsztyn. Pokrój i fizyczne przygotowanie związane jest z konkretnym rodzajem pracy w określonych warunkach. Przy każdych przydaje się koń posłuszny.

Ludzie od zarania dziejów korzystają z narzędzi sprawiających ból, by podporządkować sobie zwierzę. Metoda szkoleniowa popularna na cały świat - strach. Czy jest to skuteczna metoda?
Zastanówmy się nad przykładem - nawet w wychowywaniu dzieci - to szanujące i kochające swoich rodziców będzie słuchało ich, bo ma taką wewnętrzną potrzebę. Bo dostało czas, cierpliwość, powód, zrozumienie, konsekwencję. Ja widziałam różne, w tym bite dzieci. Widziałam zachowanie ich i widziałam zachowanie ich rodzica. Złość, emocje, frustracja. I bunt. Narastająca nienawiść. I strach, ogromny brak szacunku do siebie nawzajem. I zerwanie z jakimkolwiek zaufaniem. I ból.

Słuchajcie, nie da się mieszać dwóch metod. Nie da się kochać i stosować przemoc (rozumianą jako wywieranie wpływu na drugą istotę pod wpływem emocji często z zadaniem fizycznego bólu) w ramach kary, bo to nie jest miłość. To nie jest spełnianie potrzeb.
To nie jest szkolenie konia w ramach pozyskiwania go jako chętnego i ufnego współpracownika. To pozorne szybkie załatwienie problemu.
"Bo nie ma czasu".
A on sobie stłamszony narasta, narasta, narasta. Aż w końcu tak narośnie, że komuś stanie się krzywda. Prędzej czy później.
Wybór należy oczywiście do nas. Przecież nikt nam nie zabrania bicia. Chociaż w ramach prawa znęcanie się jest niedozwolone. Ale przecież to zabawne, jak bardzo subiektywnie można patrzeć na samo pojęcie "znęcania się".
Ja uderzyłam konia kilkukrotnie bez uprzedzenia. Wiecie, kiedy zaczęłam? Kiedy zobaczyłam, że wiele innych ludzi tak robi. I pochwala to lub nie ma nic przeciw temu.
W samym uderzeniu nie ma tragedii, kiedy jest ono zadane we właściwym momencie, z wyczuciem, bez emocji i w określonym celu. Jeśli wykonaliśmy je pohopnie lub w chwili, kiedy koń się boi - efekt będzie odwrotny od zamierzonego.




Następnym razem: wnioski dotyczące
-odbudowywanie zaufania i równoważenie konia poprzez przewidywalność i realizowanie jego potrzeb
-hierarchia (filmik)
-miłość, czułość, przyjaźń, "słodkie", "urocze", "śliczne"
-użytkowość, cel, praca
-marchewka, jabłuszko, cukierki, kochanie, bat, nerwy
-bezpieczeństwo, wygoda, zabawa, jedzenie, przywódca, regularność, relacje
-czym powinien odznaczać się koń dobrze wychowany i jak w ciągu kilku minut ustalić z koniem porządek





poniedziałek, 30 czerwca 2014

10 things I hate about it

Pierwszy dzień po Makoszce. Kiki grubasek. Rajdzik się szykuje!

Właśnie obejrzałam Warwicka:



W toku mojej pracy z Kiki popełniłam wiele błędów - między innymi były one spowodowane brakiem skupienia i chęcią do tego. Co najzabawnejsze, właśnie na tym filmiku dobitnie widać, że nie da się zmusić konia do skupienia się. Jego "fołkys" wypływa z poprawnego zachowania człowieka, który jest świadom swojego ciała. Nie z przymuszenia.
Lista 10 spraw, które zaburzyły naszą współpracę:

1. WYMUSZENIE

Błędny pogląd: Jeśli chcemy, żeby koń coś dla nas zrobił, to musimy dopiąć swego, nie ważne, w jaki sposób - byleby to zrobił. MA TAK BYĆ, i koniec.

Poprawka: Żeby koń coś dla nas zrobił, powinien mieć wybór. Wtedy pokaże nam, co naprawdę "myśli" na dany temat. To informacja dla nas, jaka jest rzeczywista sytuacja. Czasami koń wcale nie pokazuje nam tego, co się nam podoba, ale w ten sposób kształtuje w nas pokorę i skłania do zmiany swojego dotychczasowego zachowania lub do cierpliwszego kontynuowania poprzedniego.

2. AGRESJA

Czyli wyładowywanie złości na niewinnym stworzeniu. Pod jakąkolwiek postacią - czy to szarpnięcie na wodzach, czy kopnięcię łydką, krzyknięcie, uderzenie, a nawet wewnętrzna złość napinająca całe nasze ciało.

3. STRACH

Kiedy nie mamy zaufania do swojego ciała. I do wierzchowca, którego zachowań się nie spodziewamy lub po prostu mamy za mało wyczucia, doświadczenia i wiedzy, żeby zrozumieć sytuację i odczuwamy lęk, a nawet panikę.

4. BEZSILNOŚĆ

Bo wydaje się, że zrobiliśmy już wszystko, co tylko przyszło nam do głowy, a i tak się nie udaje. Albo po prostu nie mamy panowania nad biegiem wydarzeń, a skłaniają się one od złego do gorszego...

5. BRAK TRZEŹWEGO MYŚLENIA

Tak ogromne zamglenie spowodowane jakąś mrzonką, wizją czy celem, że dzieje się coś wbrew koniowi i jego kosztem. Brak spokojnego osądu sytuacji, tylko działanie pod presją chwili, co zazwyczaj kończy się niedobrze.

6. NADMIERNA PEWNOŚĆ SIEBIE

Skłaniająca do bezrefleksyjności i przekonaniu o własnej nieomylności (co najgorsze, nawet jeśli się twierdzi, że tak nie jest!). Wywołująca raz za razem zachowanie, które nie skutkuje,a często szkodzi.

7. MECHANICZNOŚĆ

Czyli bezmyślne powtarzanie technik, metod itd niedostosowanych do określonej chwili i wykonywanie ich bez wyczucia, zdrowego rozsądku i wnikliwej obserwacji reakcji konia.

8. ZAPOMINANIE O PSYCHOFIZYCZNYCH POTRZEBACH KONIA

Nadmierna dyscyplina, stresujące pełne separowanie od innych koni w przekonaniu, że to "oduczy" konia klejenia się do stada, trzymanie konia w długoczasowym napięciu i wiele, wiele innych działań degradujących zwierzę.

9. MA BYĆ NA "JUŻ"

Koń wymaga od nas poświęcenia czasu, sił i nerwów. Tego pierwszego jak najwięcej, tego drugiego w porcji niezwykle wyważonej a tego trzeciego w ilości śladowej i jakości stalowej. Koń uczy się szybko, ale nie w ciągu jednej chwilki - jeśli chcemy mu zakodować coś na trwałe, to musi się to powtarzać regularnie. Jeśli zwierzę boi się być odłączone niedaleko koni, nie można wymagać od niego pewności siebie i pełnego posłuszeństwa daleko w terenie. Trzeba odpracować to, co elementarne, rozbijać naukę na jak najmniejsze części i pamiętać o tym, że koń uczy się tylko wtedy, jeśli jest skupiony.

10. NIEUMIEJĘTNOŚĆ DOSTOSOWANIA SIĘ DO CHARAKTERU KONIA

Konie, tak jak ludzie - mają najrozmaitsze charaktery. Łączy ich instynkt ucieczki oraz wspólna mowa ciała. Powinniśmy umieć tak wpływać na te zwierzęta, by je równoważyć (aby były odpowiadające, ale nie płoszące się i uciekające od presji lub ogółem na nią nie reagujące).


Co najważniejsze - jeśli chcemy z koniem znaleźć wspólny język - powinniśmy mieć wiedzę na temat jego funkcjonowania i potrzeb. Przede wszystkim warto się nauczyć czytania konia i odpowiadania na jego "pytania". A także czekania na jego osobistą odpowiedź (lizanie, opuszczanie głowy, ziewanie, itd).
A, nie warto też popadać w przesadę - na rozluźnieniu owszem - powinniśmy zaczynać i kończyć, ale jeśli ustalimy stałe granice, koń poczuje się stabilniej, więdząc, że konsekwentnie czegoś sobie nie życzymy (np, napierania, dotykania nas bez przyzwolenia, itp).

Oby żadna z wymienionych 10 spraw nie spotkała nas już więcej. Miejcie się na baczności, aby nie przyszły one także do was!


poniedziałek, 16 czerwca 2014

Espejo

Czyli lustro. Czytałam już kilka razy o tym, że konie są odbiciem człowieka. Ale jest ogromna różnica między tym, co się wie, a tym, co się przeżyje i zrozumie na własnym przykładzie. 


Ostatnio doszłam do wniosku, że wiele mi się w moim koniu nie podoba. I zaczęłam się z siebie samej śmiać - bo, o zgrozo, to samo nie podoba mi się we mnie!
Jaki pan, taki kram. Ktoś spostrzegawczy powiedział.

W sobotę pojechałam (a, pardą - poszłam!) z dwoma końmi i ich dosiadającymi, kochanymi szaleńcami :) na wieś kilka kilometrów od domu. Przebyłyśmy malownicze krajobrazy i zamoczyłyśmy kopytka - we dwie. Do tego najadłyśmy się nerwosolu. Nas zjadały robalki.

Kikiszonka skopała głośno dwa "pożądne" srokate kobyły. Za każdym razem, kiedy odbiegały, nastawiała uszęta i lazła za nimi. Ach, kobył. Kto toto zrozumie?
Ma bebzon jak mustang, ale piękna jest jak zwykle.

Poza tym dopadła ją gruda. Z ośmioma hucułami w dziczy była zdrowa jak ryba, a jak tylko sprowadziłam nieco bliżej cywilizacji - zaczęła mi oczoropieć i ogrudzać. Cóż to się dzieje z tymi końmi? Na razie zostawiam jej nóżkę w spokoju, nie wygląda na nieszczęśliwą, rusza się normalnie. Ewentualnie podetnę jej nieco szczoty pęcinowe i grzywkę. Dodatkowy dostęp do tlenu raczej nie pogorszy sytuacji. Na razie się jednak nie zanosi.


Ach, wracając do tematu:
zwierzęta rzeczywiście odzwierciedlają swoich właścicieli. Kiki wychodzi z nawyków sinusoidalnie i, owszem, umie zachować się bezbłędnie, ale mimo to bardzo często kolejny raz powtórzy swe wcześniejsze zachowanie. Dokładnie tak, jak robię to ja: ze zgaszaniem światła (co niestety nie zawsze udaje mi się zapamiętać i wykonać), odkładaniem rzeczy na swoje miejsce, układaniem ubrań tuż po ich przyniesieniu do pokoju... Lekiem jest cierpliwość, schematyczność, powtarzalność, przewidywalność, uprzedzanie - bo to i ludzie, i konie lubią. Poczucie bezpieczeństwa.
Z okazywaniem emocji też u nas podobnie - i ona, i ja to takie ni wiadomo co. Niby się podporządkowywujemy, niby nam to nie przychodzi trudno, niby pewne siebie w tym wszystkim jesteśmy. Ale przychodzi co do czego, to żadna z nas nie wie, o co jednej, drugiej chodzi. Bardzo często kryjemy i chowamy głęboko to, co nam w środku siedzi i aż się gotuje. Nasz sposób myślenia może być całkiem momentalnie zmieniany, ale żeby go zmienić trwale, potrzeba nam bodźca. REGULARNOŚCI, ale i ZRÓŻNICOWANIA.
No, krótko mówiąc - równowagi.
To, co we dwie lubimy najbardziej, to jasne przewodnictwo kogoś innego. Bez niego łatwo się gubimy w nowych sytuacjach i tylko udajemy, że dajemy radę. Tak naprawdę nieraz czujemy się zagubione i szukamy czegoś, kogoś - co by nam dało kierunek. 
I z pewnością można o nas obu powiedzieć, że żyjemy we własnym świecie. Jesteśmy często nierozgarnięte, zamyślone i roztrzepane. Ale sprawiamy ogólne wrażenie spokojnych i grzecznych :)...
I jesteśmy leniuchy. Ale jak zaczniemy się ruszać, to całkiem fajnie nam wychodzi :)!
A, oszukiwanie, że ma się cel, nie wychodzi z końmi. Nawet, jak nam się wydaje, że wiemy, co robimy, to tak naprawdę guzik wiemy. Koń nam powie, czy to, co robimy ma sens. 
Kiki, pilnuj mnie, żebym ja cię chciała słuchać... Bo my we dwie trzpioty jesteśmy.


Dobra, spać ferajna. Bo jutro wstać, sprzątać, przemyć koniowi oczko rumiankiem, poćwiczyć, lekcje dorobić, może babcię, dziadzia odwiedzić? I nabierać mądrości poprzez karmienie się pokarmem duchowym :)
Życie jest doprawdy przepiękne.

(za kilka dni Dianka! na reszcie będę mogła jej gadać bezpośrednio do ucha :))

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Dzień kolejny, tym razem z przesłaniem: jak doceniać to, co się ma; kiedy przestać i jak uczyć się na błędach.


Kiki potrafi skakać! I przepięknie rozciąga się na drążkach. Ogólnie całkiem niehuculsko potrafi podnosić nogi, ku mej ogromnej uciesze. Inna sprawa, że bez problemu mogę z nią wyjść na spacer w ręku dokąd chcę :) co mnie niezmiernie raduje. Przez dłuższy czas budowałam jej pewność siebie, aż przyszła chciwość.

Pamiętacie post o timingu? Wyczuciu?

Tam też było zdjęcie klękającej hucki. Od jakiegoś czasu mroczy mi się w głębinach umysłowych wizja jej leżącej. Co smutne, zamiast sięgnąć po czas, cierpliwość i wykorzystanie końskiej ciekawości, chęci i maleńkich postępów, chciałam to zrobić "raz a dobrze". Czyli tak, jak nie umiem. 

Nie napisałam o jeszcze jednej rzeczy związanej z podobieństwami między mną a koniem: we dwie, równie zwierzęco, wpadamy w amok.



To niesamowite, w jaki sposób zwierzęta nam "wybaczają". Wyobraźmy sobie, że jeżeli nam ktoś zrobiłby ogromną krzywdę, zmuszał nas siłą do czegoś, czego nie rozumiemy i nie chcemy robić, my w tym czasie krzyczelibyśmy, szamotalibyśmy się i piszczelibyśmy... To czy bylibyśmy w stanie po niedługim czasie patrzeć na naszego oprawcę jak gdyby nigdy nic, gotowi bez uprzedzenia, zawiści i strachu kontynuować naszą znajomość? 

Nienawidzę egoizmu.
Przeraża mnie jego przebiegłość, jak ohydnie szybko wlewa się do serca. Wystarczy odrobina nieuwagi, utrata czujności, nawet nieliteralne bycie samym.
Hamulec ręczny jakby przestaje działać i wszystko, co się dzieje dookoła nagle znika. 
Psychopatyczne dążenie do określonego celu, zatracenie trzeźwości umysłu i osądu sytuacji. 

A koń krzyczy, krzyczy, krzyczy. Dopiero zmęczenie wylało na mnie kubełek zimnej wody i nie wiadomo skąd, miałam siły nie załamać się całkowicie nad tym, co się stało i jakoś zacząć odkręcać to, co się wydarzyło.
Nie wymarzę tych sytuacji z pamięci.

Ale mogę spróbować pokazać, że umiem podejmować także rozsądne decyzje i przedstawiać je w sposób rozsądny. O dziwo, po kilkunastu minutach Kiki wyglądała, jakby mi uwierzyła.



Wiem napewno, że na razie odpuszczam sobie kładzenie do momentu, kiedy będę w stanie zadbać o sprawy mniejsze, a przede wszystkim sprawdzę własną cierpliwość, która poprzez niezdrowe pragnienia została ogołocona z zapasów. Dla każdego, kto jest chętny nauczyć tego swojego konia na komendę, polecam bardzo ciekawy filmik:



Dobrze jest, jak wychodzi. Bo wtedy się uśmiechamy, cieszymy i jesteśmy dumni.
Ale jeszcze lepiej, kiedy nie dostajemy tego, czego pragniemy od razu. Bo właśnie wtedy rozwijają się w nas cudowne cechy, a także ujawnia się, co naprawdę mamy w naszym wnętrzu.
Odwaga znajduje się w zdecydowaniu się na spojrzenie prosto w twarz naszym uchybieniom i podjęciu się wyjawienia na głos wszystkiego, co przynosi hańbę i wcale nie lubi być mówione głośno. 


Ech... No to wio!
Jestem niestabilna emocjonalnie. Jeśli nie chcę robić krzywdy, powinnam pilnować się tego, co jestem w stanie zrobić. Widzę, że warto jest robić mniej i nie ma w tym niczego złego, warto także nie polegać tylko na sobie i prosić o pomoc, o komentarz. Jakiejkolwiek życzliwej duszy.

Obym nie zapominała, kim chcę być.



Six days to enjoy haven


Ostatnio wydarzyło się parę koniastych rzeczy, ale że tempo życia jest zawrotne nie zdołałam na bieżąco spisywać.

Siedziałam na Baziulku, na samym halterze i linie. Mam bardzo fajne siodełko Winteca "close contact", czułam pod sobą ruch każdej nogi i każdą zmianę mięśni grzbietu.
Jeździłam około 7 minut, poprzedzając to pracą na linie nad wygięciami.
Po odpowiednim przygotowaniu z ziemi Baziunio:
* nawet nie drgnął przy wsiadaniu i stał dopóki nie dostał sygnału
* podążał za komunikatami dawanymi dosiadem, łydkami oraz za wskazywaniem ręką kierunku i tempa
* od razu nauczył się ustępowania od łydki oraz piruetu w stępie (wykonał ćwiczenia bez zawahania, jakby były oczywiste, a ja dzięki mojemu siodłu mogłam wyraziście prowadzić go samą miednicą :) )
* kiedy nie wymagałam zmian schodził z głową do samej ziemi

Jestem przeszczęśliwa!

Zgłębiam też ostatnio tajniki biomechaniki ruchu koni, dzięki świetnej książce Karin Blignault i artykułom w internecie.
 Zamieszczam linki o końskim kręgosłupie, które pomogły mi zrozumieć co to kissing spines i jak jeździć by tego nie pogłębiać :)
Jeśli ktoś jest zainteresowany tematem:

http://www.konie.wortale.net/105-Kregoslup.html

http://equimechana.blogspot.com/2011/08/mechanika-grzbietu-konia-cz-i.html

Istota kissing spines: trwałe zejście i nacieranie wyrostków kolczastych.


W internecie znajdzie się wiele informacji na temat tego schorzenia.
 Bardzo charakterystyczna zmiana w wyglądzie konia :






 Wszystkie te cechy widziałam u Bazia w dniu kiedy go poznałam, na szczęście Bazio ma tą wadę rozwiniętą w niewielkim stopniu:





Ponadto koń często podnosił tylną nogę w charakterystycznym ruchu:

Zdjęcie z internetu


JEDYNYM możliwym rozwiązaniem problemu jest "uwolnienie" grzbietu konia z napięcia. Weterynarz zalecił lonżowanie na czambonie, co w sposób mechaniczny skłania konie do przyjęcia pozycji służącej prawidłowej pracy grzbietu.

Zdjęcie z internetu

 Ja jednak rozpoczynając pracę z koniem zawsze zaczynam od problemów psychicznych i behawiorystycznych. Rozwiązując je i ucząc Bazia posłuszeństwa, zaufania i szacunku uzyskałam jego pełne rozluźnienie psychiczne pociągające za sobą rozluźnienie fizyczne.

Najpierw Bazalt opuszczał głowę do samej ziemi w geście oznaczającym posłuszeństwo i uległość. Z czasem ta pozycja zaczęła dla niego oznaczać prawdziwy komfort fizyczny i psychiczny. Teraz koniuch dąży do "tego miejsca" (por. Karin Rohlf) w każdej możliwej okazji. 

Do tego dołączam codzienny streching i masaż.


sprzedam nowy, nieużywany czambon

To jest prawdziwe piękno i magia "naturalu". Pomóc koniowi zrównoważyć się na tyle by był zdrowszy, bezpieczniejszy i szczęśliwszy :)





 Zauroczona A.

sobota, 7 czerwca 2014

Waiting

Niedługo wakacje!
Najpiękniejsze w życiu będą!

Bazio obdarza mnie wspaniałymi uczuciami i emocjami. Po raz pierwszy w życiu koń zasnął mając głowę na moim brzuchu. Jakie to cudowne wie tylko ten, kto tego doświadczył :)

Bazalt jest niebywale inteligentny. Ostatnio podczas pracy na dwóch linach zaproponował mi kilka kroków ciągu. Bardzo łatwo przychodzi mu też rozluźnienie. Kiedy go lonżuję schodzi z głową do samej ziemi, muszę tylko pilnować wygięcia, szczególnie na prawą, gorszą stronę.









Zolka też jest spokojniejsza, dzisiaj i wczoraj dała sobie spryskać ranę bez odskakiwania i kręcenia się w kółko, wystarczyło trochę cierpliwości i nie napinanie liny.




Filmik z "parku habituacyjnego" wkrótce, jak dostanę, wkleję tutaj, w tym poście! :)
Na razie foto:






Art

niedziela, 1 czerwca 2014

Entliczek mętliczek, na kogo wypadnie, na tego bang

W piątek miałam jazdę która dała mi wiele do myślenia.
Z jednej strony dobitnie uświadomiła mi istotę półparady oraz fakt jak bardzo zamkniętą mam górę ciała a jednakowoż pojawiło się w mojej głowie wiele wątpliwości co do kontaktu.
Koń na którym jeździłam miał zdecydowane braki w rozluźnieniu, stanowiącemu wg mnie podstawę w pracy. Przy stępie początkowo był łeb na hejnał, spięty chód i ogólny brak zaufania. Mimo mego zdziwienia zrobiłam to co jest zgodne z moją logiką- na swobodnej wodzy prowadziłam konia dosiadem cały czas chwaląc i prosząc o rozluźnienie. Udało mi się uzyskać opuszczenie szyji i swobodny wykrok.
 Komenda do kłusa. Nabrałam wodze i nagle bardzo się zdziwiłam... Koń zadarł łeb tak jak na początku. Nie pomogło ponowne oddawanie wodzy, uspokajanie, spięcie pozostało. Mimo to polecono mi abym "przesunęła wędzidło" i w tym momencie koń rzeczywiście ustąpił i ustawił głowę w roboczej pozycji. Kontakt jaki uzyskałam wydawał mi się totalnym ciągnięciem i  zmuszaniem konia do odpowiedniej fizycznie sylwetki. Mięśnie pracowały prawidłowo, ale sposób uzyskania takiej postawy wymagał mechanicznego skłonienia konia, przy psychicznym totalnym spięciu. Każda moja nieuwaga była wykorzystywana przez konia i wychodził on nad wędzidło, co było dla mnie jasnym komunikatem, że koniowi nie podobała się tamta pozycja. Przejścia były fatalne. Gdybym miała pozostać w zgodzie z sobą, rozluźniłabym konia dynamicznym kłusem na oddanej wodzy, a potem stopniowo próbowała nabrać kontakt półparadami, dużo chwaląc i odpuszczając.
Miałam mętlik w głowie: koniowi wyraźnie brakowało samoniesienia. Uważam, że koń najpierw powinien umieć sam się równoważyć, potem poddawać w kontrolę potylicę, lekko ustępując działaniu wodzy. Uczucie wiszenia na pysku i ciągnięcia nie wchodzi w grę. Myślę że nie na tym polega oparcie na wędzidle- ma ono być prowadzeniem, chętnym i nie wymuszonym. 

Z drugiej strony dostałam ważną lekcję.
Jestem świadoma tego, że jeździłam na koniu szkółkowym, wystawianym do jazdy pod wielu różnych jeźdźców. Ja też nie dałam z siebie 100%, dominowała u mnie góra ciała nad dołem.
Trzymałam wodze, nie pozwalałam by wysuwały mi się z palców, z czym często mam problem jeżdżąc na Faworce. Ponownie rozjaśniło mi się w głowie co do prowadzenia za zewnętrznej wodzy (kiedy już koń na którym jeździłam miał ustawioną głowę reagował fajnie, całe to moje ględzenie to na temat sposobu uzyskiwania takiego rezultatu).

Ehh, nie da mi to spokoju póki nie siądę na konia i nie zweryfikuję treści.

Dziękuję Kini za nocleg, bardzo fajnie było się wreszcie zobaczyć!! <3 p="">
Dziś i wczoraj Bazio był wspaniały.
Wpierw spacerek z ambitnym łażeniem po górkach, po południu "park habituacyjny".
Koń był rewelacyjny, wcześniej nigdy nie widziałam go aż tak rozluźnionego. 
Filmiki i zdjęcia wkrótce, jak dostanę.

Artemis

środa, 28 maja 2014

Spełniona

Kaju miło jest znów Cię czytać :)

Wczorajszy dzień był bardzo owocny. Wreszcie nie mogę sobie nic zarzucić. Byłam od początku do końca fair z koniem, udało mi się wybrać te najwłaściwsze ruchy, zachowałam spokój w "kryzysowej" sytuacji.

Bazio jest bardzo słabo i bardzo nierówno wygimnastykowany. Praca w prawą stronę sprawia mu duże problemy, albo kładzie się do środka i pędzi jak wariat albo odchyla głowę na zewnątrz. Wczoraj znalazłam z nim wspólny język, skorygowałam to co trzeba i dałam mu robić swoje. Tak naprawdę pierwszy raz przestałam się na niego jak durna gapić. Ciężko oderwać wzrok od takiego przystojniaka, ale musiałam się przełamać. Przestałam sprawiać wrażenie że czegoś wciąż oczekuje i to był punkt kulminacyjny- koń zachowywał rysunek koła, pracował w równym tempie z niską szyją i aktywnym zadem. Dużą rolę odegrało też inne zapięcie liny do haltera. Bazio przestał krzywić się w potylicy kiedy nacisk pojawił się w innej części głowy.

Przestałam wymagać i koń zaoferował mi więcej. Zawsze tak jest, trzeba minimalizować oczekiwania i pozwalać koniowi samodzielnie się równoważyć.

W tym momencie chciałam jeszcze raz przypomnieć o ważnej rzeczy:
koń musi umieć odróżniać kiedy prosimy go o ruch, a kiedy ma stać, nie ruszać się i się wewnętrznie rozluźnić. Zasadniczo- odróżniać postawę bierną od czynnej.

Prostymi słowami postaram się rzecz ująć.
Kiedy chcemy by koń coś zrobił robimy się więksi- wyprostowani, ze wzrokiem skupionym w konkretnym miejscu.
Pragnąc by koń przestał robić coś, o co go poprosiliśmy, robimy głośny wydech, opuszczamy ramiona i głowę w dół, podchodzimy do niego mówiąc mu jak bardzo jest wspaniały.
Po kilku/nastu/dziesięciu powtórzeniach czterokopytny będzie reagował na sam (wyraźny!) wydech.
Ważna jest intencja! Wiadomo że żyjąc oddychamy. ALE dopóki wydech nie będzie przez nas kontrolowany i zamierzony w jakimś tam celu, sygnałem nie będzie, logiczne.
Jest to podstawowe, według mnie, w dalszym etapie szkolenia konia, także z siodła.
Pisała o tym bodajże Karen Rohlf, osobiście przekonałam się o tym wielokrotnie. Najprostszym sposobem pokazania koniowi, że zrobił to o co go prosiliśmy, jest rozluźnienie się i głośny wydech.

Okej, teraz wracam do tematu Bazia: a co robić, kiedy chcemy żeby koń kontynuował czynność? Cały czas kontrolowałam Bazia, patrzyłam się na jego ciało, utrzymywałam jego ruch z pomocą bacika, a wygięcie pulsująco liną. Efekt był mierny. Nagle w głowie taki skrót myślowy: "cholerka, jakby ktoś cały czas gapił mi się przez ramię jak np. piszę posta, też nie mogłabym się skupić na zadaniu". W tym momencie zaczęłam patrzyć się przed konia i delikatnie w dół. Uzyskałam to co chciałam, a koń przestał czuć się taki skrępowany.

Czasami zapominam jak bardzo Bazalt jest czuły i wrażliwy.

Nauczyłam go zatrzymywania się na śladzie, stania dopóki nie podejdę, pogłaszczę go, a także dopóki nie wrócę na środek koła i nie wyślę go ponownie. Początkowo od razu ruszał, z czasem zrozumiał, że nie tego oczekuję. Ze śmiechem patrzyłam jak drżą mu mięśnie i jak balansuje ciałem to w przód, to w tył, czekając na sygnał naprzód. Dzięki moim przejrzystym zasadom (robi coś póki nie dostanie sygnału "zwalniającego") Bazalt jest bardziej rozluźniony, a ja bardziej przewidywalna. W dodatku koń skupia się na mnie cały czas, nie w obawie o przykre konsekwencje, ale w oczekiwaniu na kolejne zadanie. Wspaniale, wspaniale!

Wczoraj zaczęłam też go przyzwyczajać do pracy na dwóch lonżach. Szybko zaakaceptował dyndające po bokach liny.

Mam już z nim wyrobione podstawy do przełożenia na siodło- ustępowania, zwroty, łopatki, cofanie.
Praca na lonży też zaczyna wyglądać w porządku, jeszcze kilka sesji i wprowadzę ogłowie, potem czambon, pod koniec czerwca wypinacze. W między czasie kawaletki i łażenie po górkach, a także w planach jeszcze jedno, ale o tym innym razem.

Obym dziś była równie w zgodzie z sobą.
Aaa.

poniedziałek, 26 maja 2014

Chodzi Kiki koło domu...

No... prawie. Hucuł jest w odległości pół podwórka+kawałek ulicy+kawałek dróżki, czyli 3 minuty od domowej furtki. Miło jest czasem przyfrunąć do niej na 2 minutki na pastwisko, żeby powybijać żądne krwi robaczki oraz podrapać ją po zadku.

Tydzień temu przeszłyśmy około 10 km, hucuł lazł w siodło ubrany krok w krok za mną (ja z kolei w plecak ubrana) przez chodniki, asfalty, łąki, drogi piaskowe, metalowy mostek nad Włodawką, lasy, podwórka przed blokami, podjazdy, kamieniste zjazdy... Uff, było gorąco. Słońce prażyło, w plecaku suwak się popsuł, na obrzeżach miasta zatrzymałyśmy się na podwieczorek (Kiki wcinała trawę koło chodnika, ja - kanapkę z serem siedząc na krawężniku), męczyłam ją w połowie drogi wchodzeniem do kałuż i błagałam, żeby się napiła. Ale ona z jakiegoś jeziora pić nie będzie. Trawa według niej jest bogatsza w płyny... We Włodawie czekał dziadzio z owczarkiem niemieckim długowłosym - swym psem. Towarzyszył mi kawałek drogi. No, na sam koniec poszłam z nią do domu, żeby zostawić rozwalający się plecak i ruszyłyśmy do kolegi, u którego teraz mieszka. Na ostatni odcinek wsiadłam, a co. Żeby nie było! Trzeba się w końcu z siebie trochę pośmiać i jakiś żarcik sytuacyjny na dobre wejście przytoczyć :)
Zdjęcie widoku w międzyczasie podczas drogi

Wieczorami przychodzę regularnie, ażeby pojeździć - stopniowo, planuję tydzień po tygodniu zwiększać wymagania: od niedzieli zaczęłam energiczne stępy z dodatkiem kłusa (kółko po ujeżdżalni na dwie strony, dzisiaj po dwa koła na dwie strony, jutro po cztery... itd). W czwartek laba totalna od panny Kai a pod koniec tygodnia wyjścia w teren. Za tydzień zaczną się luźne, swobodne galopy. W międzyczasie wysilamy się także umysłowo i uczymy się: stać w miejscu, kiedy Kaja łazi dalej i robi różne głupiaste rzeczy (czyt. skacze, klaszcze, tupie, macha kończynami, biega, itp), włazić pewnie w kałuże, nie bać się ogromniastych płacht i zakrywania oczu a także stopniowo coraz dłużej skupiać uwagę. Tylko Kaja musi jeszcze mocniej wypuścić powietrze z płuc i przestać czasem reagować starymi reakcjami. Być fair na 100%. Może jeszcze chwilkę przed wakacjami uda mi się zacząć zabawy: będziemy uczyć się "sztuczek" dla poprawienia uwagi i zaufania do siebie nawzajem. A także aby wytworzyć u mnie jeszcze większe pokłady cierpliwości i rozkładania ćwiczeń na jak najmniejsze i najkrótsze cząsteczki. W następnych tygodniach wejdą kawaletki, mini skoczki, średnie skoczki (ok 50 cm) najpierw luzem, potem w siodle, na koniec ze mną na grzbiecie.

Powyżej są jedynie plany w fromie pisemnej, wszystko zależy od mojego czasu i od poziomu, na jakim Kiki w danym momencie będzie. Jeśli zobaczę, że nie jest gotowa na coś, nie będę brnąć dalej tego samego dnia. Zrozumiałam już wcześniej, że trzeba nagradzać szczerze i ostatecznie to, co nam się naprawdę podoba - a co najlepsze, nie musi to być nic spektakularnego. Ważne, żeby - cokolwiek to jest, było wykonane z chęcią i staraniem.
Muszę także pamiętać o rzeczach ważniejszych i co do nich upewniać się w pierwszej kolejności. Koń jest zadbany - ma picie, jedzenie, koleżanki, schronienie i pastwiska - praktycznie mnie nie potrzebuje. Dlatego wszystko w miarę możliwości. Zobaczymy, mam nadzieję, że uda mi się wprowadzić w życie jak najwięcej ze sfery planów. Ponadto chciałabym, aby koń był pozytywnym motywatorem, nagrodą za wysiłek w bardziej podstawnych życiowych płaszczyznach i aby pozostał w atmosferze czasu wolnego. Cudnie jest wtedy, kiedy zwierzę sprawia radość, ma odpowiednie miejsce w naszym życiu i nie koliduje ze sprawami wagi cięższej :) Dobre słowa (mniam mniam), o których przy okazji myślę, to "równowaga jest przyjemna". Balans!
Z tym u Kai bywa trudno, ale jest on osiągalny. No cóż, pracujemy nad sobą.

Pozdrawiam cieplutko - a teraz idę pod prysznic, bo ponoć zafetorzyłam koniuchem calusieńki domek <3

czwartek, 22 maja 2014

Bla bla bla

Czas znowu biegnie szybko, a ja szukam odpowiednich proporcji żeby pogodzić rzeczy ważne z ważniejszymi. Na razie wychodzi na jedno i mi to nie przeszkadza.

Bazio jest wspaniały. Kocham go. Odnoszę takie wrażenie, że on mnie też. A kiedy niosę suchy chlebek, jabłuszko lub marchewkę, to już w ogóle mnie ubóstwia.
Zolka się zmieniła, uspokoiła trochę, a dzisiaj nawet przeżyła atak obcego mężczyzny na chorą nogę.
Nowe kopytka się koniuchom błyszczą, szkoda będzie patrzeć jak ta piękna podeszwa w kolorze mleka zachodzi gnojem. No cóż, chociaż przez chwile były takie szport pferdy z czystym od spodu paznokciem.

Już w miare ogarniam i rozumiem reakcje Bazalta. Jest cholernie inteligentny, jeszcze tylko trochę mięśni (tak w razie co) i będę powoli wsiadać. Tak trochę, czyli pewnie zacznę pod koniec czerwca.

Bazio ma nową fankę :) Pozdrawiam!

Zeszłą sobotę spędziłam w Warszawie, pojechałyśmy w tereniki oraz miałam jazdę na Faworce.
Sama nie wiem czy było dobrze czy źle. Tak nijak. Faworka była genialna, ja mierna. Wiem że umiem lepiej, ale moje głupie ręce!! Kiedyś zwiąże je sobie za plecami i tak będę jeździła.
Dramatyzuje; wiem, że jest progres, ale, cholera, mnie ambicja dopada .
Na koniec lonża była genialna. Wyleciało ze mnie całe napięcie. Siedziałam i mruczałam.

coby nie zapomnieć: /Używaj mózgu! To pomaga, naprawdę./

Wyniki zawodów: 6 miejsce, ok. 54 %
jak na debiut jestem zadowolona :)
https://www.youtube.com/watch?v=xFQSEgdvI9w

Krótko, bo szkoła i koń.
Wreszcie mogę tak napisać :D <3 p="">A.


poniedziałek, 12 maja 2014

Bazaltomania, bo koniuch do kochania!

Kochani!
Mam konia! MOJEGO konia! Najukochańszego, najpiękniejszego i najmądrzejszego grubasa Bazalta!
Jeśli ktokolwiek tutaj wchodzi i czyta te wypociny, to przepraszam za małą aktywność, ale miałam urwanie głowy ze sprzętem, sianem, słomą i tego typu pieprzotami.

Hmm to wszystko stało się tak szybko. Jeden telefon, tydzień oczekiwania, jedne odwiedziny- po nich decyzja była już podjęta.
I chociaż głos rozsądku mówił "NIE, przemyśl to", serduszko krzyczało, darło się "TAK, TAK, TAK!".
No i wygrało, jak zwykle. Nie żałuję, wstydzę się mojego wahania. Postawiono mnie przed trudnym wyborem, ale wszystkie okoliczności sprzyjały, a ja czułam się przygotowana.
 I tak oto, przyjechał i jest. I zostanie do końca życia, bo już sobie nie wyobrażam żeby go nie było.
Cholera, za mocno się przywiązuje, mądrzy ludzie mnie ostrzegali, że jak się skończy będzie płacz. Ale chyba na to musi być gotowy każdy posiadacz konia, nieprawdaż?

Przedstawię Wam Bazalta dokładniej.
W papierach ma imię Compeador od Cher sp (50% hanowerska, 50% małopolska)  po Weldstein. han. 100%
Od dziecka marzyłam o gniadoszu Bazalcie, więc szybko przechrzciłam koniucha.
Bazio jest stosunkowo wysoką, ładnie zbudowaną maskotką. Niestety ma nadwagę, ale najpierw masa potem rzeźba, jak to mówią :)


Jest z charakteru przeuroczy, totalna miziajka, za smakołyka zrobi chyba wszystko. Mimo iż czasami jest otępiały (może mi się wydaje odkąd na codzień obcuję z Zolką), jest koniem szybko pojmującym moje oczekiwania. W przeciągu kilku minut opanował zgięcia boczne szyji, podążanie za sugestią, podstawy podstaw w obejściu ogólnie rzecz ujmując.


Tyle z mojej strony na chwilę obecną, nie wiem z jaką częstotliwością będę przelewać tu myśli.
Zaraz jadę do Bazia, dziś być może po raz kolejny będziemy odłaczac od siebie koniuchy, jak narazie lęk separacyjny daje sie we znaki tylko przy wyprowadzaniu z boksu.
A.




wtorek, 6 maja 2014

Kurs, podejście, świadomość

W tamtym tygodniu, 12-13 kwietnia odbył się kurs z Justyną Rucińską. Szczegóły dot. kursu można znaleźć tutaj: http://stajniajasminum.pl/szkolenie-z-justyna-rucinska/ a to strona Justyny: http://www.szkoleniekoni.com/Psychologia_Koni/Aktualnosci/Aktualnosci.html

Co ciekawego odkryłam?
Podejście. Na nowo.
Ważne jest, co chcemy osiągnąć z koniem.
Jeśli mamy 100 procent z naszego oczekiwania względem konia, to niech to trwa zaledwie sekundkę - nagrodźmy go naszą wdziecznością - czyli uśmiechem, rozluźnieniem i przeogromnym zadowoleniem. Możemy dać mu nagrodę w postaci tego, co on chciałby robić - np. pojeść, postać sobie, albo całkiem odwrotnie - pohulać, czy wrócić do miejsca, gdzie czuł się dobrze. Wtedy wyrazimy szczerze nasze intencje - prosiłam o 100 % z kłusem o określonym tempie i w określonej sylwetce - i jeśli tylko dostanę przez ułamek sekundy, wylewam docenianie na konia :).
Za każdym razem on zaproponuje nam więcej, bo widzi, kiedy się naprawdę rozluźniamy. Jeśli jesteśmy szczerzy wobec konia, on czuje się z nami o wiele bezpieczniej. Kiedy mechanicznie nagradzamy metodą "presja-odpuszczenie", ale brakuje tu szczerej intencji, to koń szybko nas rozgryzie. On dobrze widzi, że coś jest z nami "nie tak" - mowa ciała nie kłamie, nawet wtedy, kiedy wydaje nam się zupełnie inaczej.

Zapominanie, że zwierzę to nie zegarek do nastawienia, nie przynosi w moim przypadku pozytywnych efektów.

Zdjęcie Magdy Senderowskiej


JASMINUM JAK ZWYKLE CUDNE
Krótko, bo szkoła goni :) poza tym, temat Diankowego Bazalta także chciałby się tu pojawić, jak sądzę!


poniedziałek, 28 kwietnia 2014

Krwawa walka i krwawa ranka

1) Ostatnio uczestniczyłam w pierwszych w życiu zawodach (w sensie poza Makoszką) :)
Były to zwody towarzyskie, z cyklu Pucharu Kruków. Wystartowałam na przekochanym ślązaczku Jastarni. Technicznie czułam się bardzo źle, ale atmosfera była genialna. W indywidualnych zawodach zajęłam czasowo 3, a rzeczywiście 4 miejsce (drugie było ex aequo). W sztafecie razem z Dżulsonem zajełyśmy 1 miejsce :D Julka dała czadu i na indywidualnych również zdobyła złoto. Startowała też siostrzyczka Juli, Amelka oraz Ola, obie na grubasku Oskarze.











2) Zolka
Kobyłka rozwaliła sobie nogę, pewnie przez jeszcze 2-3 tygodnie nie będzie w ogóle pracowała.
Przedtem była na pierwszym w życiu rajdzie Zalesie- Ryki, zachowywała się wzorowo :)

"Rajd":




Masakracja:


3) 27 kwietnia byłam na pierwszych zawodach ujeżdżeniowych, bardzo dla mnie ważnych :)
Odbyły się w stajni Golden Horse w Korytach. Pierwsza jechała Kosia na Faworce L3, potem Julka na Faworce L3,  ja jechałam na Batim L4. Jestem bardzo zadowolona bo nie zeżarł mnie stres i jakoś pojechałam ten czworobok. Na szczęście dozwolony był anglezowany, bo Bati zorientowawszy się że pokazuje się publicznie chodził inaczej niż zwykle. Póki co czekam na opublikowanie wyników oraz na zdjęcia i filmiki, jak coś się dowiem, to wrzucę. :)



czwartek, 17 kwietnia 2014

Zoleczka

Zmontowałam dwa filmiki z środowej pracy z Zolką i chyba mówią same za siebie :)

Jakość jak zwykie mikrofalówkowa.

Ogólna praca w stępie i kłusie:


Pierwsze próby chodów bocznych pod siodłem: ustępowania i "łopatki" plus fragment z dawniejszych skoków ;P



Dziś byłysmy na 5 godzinnym spacerku, doszłyśmy aż do miasta, ale ruch na głównej ulicy był zbyt duży i nie mogliśmy jej przeciąć (ulica na trasie Wawa- Lbn xd) .
Jak posklejam filmik to wrzuce :)

Doszedł fraczek i bryczesy!

środa, 16 kwietnia 2014

UJEŻDŻENIE- link

Wszystkim zainteresowanym wrzucam link z fajną stronką o ujeżdżeniu.
Zawiera tylko podstawowe informacje, ale warto poczytać i ew. czytając zgłębić jakiś fragment (internet jest pełen rewelacyjnych artykułów). Proponuję jednak stronić od forów internetowych, no chyba że ma się umiejętność odsiewania ziarna od plew. :)

http://www.dressagedreams.pl/oujezdzeniu.html

Miłego kształcenia!
Artemis

poniedziałek, 14 kwietnia 2014

Hmm same pozytywy po weekendzie :)
Piątek spędziłam u Zolki.
Najpierw wsiadła Ola na stęp i wygalopowanie, ja nie galopowałam, więc na jazdę wsiadałam z pełnią sił. Jazda była rewelacyjna! Wystarczyło że przeczytałam kilka rozdziałów o biomechanice z genialnej książki od Kosi i postarałam się cokolwiek zastosować, a także naprawdę działać. Efekt był niesamowity, Zolka z pełną akceptacją podążała w konkretnym kierunku i tempie.
Początkowo w kłusie ( jak też i na wcześniejszych jazdach) Zolka była nad wędzidłem i nie reagowała na pomoce. Tym razem jednak zadziałałam bardzo zdecydowanie i precyzyjnie, konkretną półparadą. W 10 sekund udało mi się klacz ogarnąć, w kilka minut poskładać. W lewo chodziła rewelacyjnie, rysunek kół był (jak na mnie) wybitny. Kiedy już respektowała rękę, zostawiłam dłonie w spokoju i działałam dosiadem i łydkami, jednak cały czas byłam czujna. Co kilka kroków musiałam upomnieć Zolę delikatną półparadą, jednak po przeczytaniu tego i owego o pracy z młodym koniem, byłam na to przygotowana. Z prawą stroną było trochę gorzej- Zolka wpadała do środka koła. Było to zapewne spowodowane nierównomierną elastycznością, jednak gdybym zadziałała konkretniej (co okazało się na sobotnim treningu), skłoniłabym ją do większego zgięcia a następnie dałabym natychmiastowe odpuszczenie. Ale to nie problem psychologiczny, tym razem. Po prostu fizycznie nie była w stanie wykonać mojej prośby, więc gdybym nie daj Boże ukarała ją za rzekome nieposłuszeństwo, straciła cierpliwość lub wyładowała frustrację, zepsułabym wszystko. Na koniec powróciłam więc do wygodniejszej strony i zrobiłam jeszcze jedno koło, potem kilka zatrzymań i zadowolona zakończyłam jazdę. Zolka pięknie okazywała rozluźnienie, wargi miała delikatnie spienione, "potrząsała" grzbietem (ruch jak przy otrzepywaniu- też jest oznaką rozluźnienia całego kręgosłupa), co raz "wyparskiwała" :) Baardzo duży krok na przód.

Sobota
Rano wsiadłam w Helenowie na uroczego haflingerka (!)- klacz Figę. Na szczęście figi z makiem z tego nie było :) Chociaż kobyłka jest dopiero podjeżdżona i ma problemy z kontaktem, jest bardzo plastyczna, żywiołowa i ma wielką chęć do "ruchu na przód", a także "pod górkę".
Jeśli chodzi o mnie, to musiałam sie wykazać ogromną cierpliwością, szczególnie na początku, gdy koń nie rozumiał że łydki przylegające do boków non stop to normalna rzecz.
ŁYDKI PRZYLEGAJĄ DO BOKÓW KONIA NON STOP. Proszę, zwracajcie na to uwagę, w niewielu miejscach się o tym przypomina i się to ćwiczy. Przypadkowe położenie łydek dezorientuje konia, zobojętnia lub, jak w przypadku Zolki, powoduje nadwrażliwość. Jest to trudne na początku z powodu dwóch rzeczy:
1. trzeba mieć dobrze rozciągnięte uda i otwartą miednicę
2. koń nieprzyzwyczajony do tego początkowo spieszy lub nawet wyrywa do przodu- tutaj trzeba zdać się na własne wyczucie jeździeckie, ale nie wolno odstawiać łydek w momencie wyskoku konia w przód.
Potem w sumie robiłam podstawowe ćwiczenia ujeżdżeniowe: koła, wolty, serpentyny. Z powodu braku równowagi i wygimnastykowania haflingerce ciężko było robić koła w galopie, więc skończyło się na kole o średnicy 30 m.
Mam kilka filmików, czekam aż dostanę je od Julki.

Po południu był trening z P. Ewą. Jak zwykle rewelacja, rewelacja! Tyle odkryć w jedną godzinę!
Przypadła mi w udziale Faworka.
Chcę tylko nadmienić, iż kilka dni wcześniej modliłam się żeby zrozumieć prowadzenie za zewnętrznej wodzy.
Od początku skupiłam się na tym, żeby mieć elastyczne łokcie, miednice i ramiona, i w ogóle wszystko co sie da. Niestety w kłusie na kole zaczęły sie problemy, niby działałam łydką, ale ogólnie nie miałam w głowie jasnej, prostej i logicznej koncepcji, dlatego Faworka zaczęła albo odginać się na zewnątrz, albo wpadać do koła
W końcu postanowiłam zdać się na moje wyczucie i spytałam P. Ewę czy mogę poeksperymentować z ułożeniem łydek. Postanowiłam przesunąć wewnętrzną łydkę nieco do tyłu i tam zadziałać silnie wraz z połączeniem konkretnej półparady wewnętrzną wodzą. W momencie kiedy to robiłam w głowie pojawił mi sie obrazek z książki Zasady Jazdy Konnej PZJ (niebieska) oraz podpis o trzymaniu wodzy; coś tam chyba było, żeby ręka była zamknięta, a wodze "głęboko" między palcami. W tym momencie zamknęłam rękę i nagle... zaczęło się zgadzać!
Autentycznie, wyraźnie i faktycznie poczułam jak odpycham konia od wewnętrznej łydki będącej osią zgięcia do zewnętrznej wodzy. Nagła żarówka w głowie, plus pochwała, plus koń w efekcie lepiej poskładany i kontrolowany dały mi motywację, by rzeczywiście coś robić. Bo okazało się, że do tej pory, to co robiłam, to było 38 % moich możliwości.
Przestałam też się bać niedelikatnego działania, dotarł do mnie sens rozmów z Kosią i krótkie wyjaśnienie Pani Ewy, że kiedy subtelne sygnały nie działają, lepiej zadziałać siłą niż pozwolić by koń je ignorował ( a szczególnie Faworka).
Podsumowując:
*najpierw sprawdzić czy siedzisz jak najbardziej swobodnie i luźno (stęp swobodny)
*testuj reakcje konia- działaj łydką w różnych miejscach, szukając tego w którym jest oś zgięcia.
Moja teoria jest taka, że jako iż Faworka ma długie lędźwia, jej oś zgięcia wypada milimetry dalej niż u innych koni; a na pewno dalej niż krótsza o parę żeber arabka Zolka.
*zewnętrzną wodzę złap i nie puszczaj, wewnętrzną "prowadź rozmowę" z koniem
*zdawaj się na swoje wyczucie jeździeckie (mam nadzieję Kaju, że jeśli chodzi o odkrywanie swoich możliwości to się pięknie rozpiszesz relacjonując kurs :) )

Co uzyskałam w efekcie? Elegancko zgiętą i ustawioną Faworkę, z głową odpuszczoną w potylicy, będącą pod stałą kontrolą. Jej chody zmieniły się tak, że nie chciało mi się anglezować w kłusie... Byłam w dużym szoku, kiedy naprawdę wygodniej i lepiej jechało mi się czworoboki w pełnym siadzie.

Duży wpływ na sukces wywarł świetny plan jazdy- przemyślana rozgrzewka, potem ćwiczenia bez strzemion, liczne przejścia galop- kłus na kole, na koniec dwa przejazdy czworoboku (L-2). Drugi przejazd był rewelacyjny.


 Tak po za tym, okazało się że jadę na 3 zawody! Bałam się, że będę musiała brać dług, ale naszczęście zostałam tak pięknie obdarowana!
Pierwsze zawody to zawody towarzyskie, skokowe, Duża Runda wysokość 50 cm :D Szalony debiut się szykuje.
Kolejne to już poważny interes, dwudniowe czworoboki ćwiczeniowe. Ja jadę L-4 na Batim.
3 zawody to znowu skoki, towarzyskie, 70 cm.

W dni wolne od szkoły popracuję z Olą i Zolą w nowym siodle!! Nareszcie!
W Sobotę- jeśli wypali- skoki w Pikerze; zaowdy w poniedziałek, więc chciałabym sobie jeszcze raz posegregować dane.

Buziole, Artemis!



 Dziękuję, że Jesteś

piątek, 4 kwietnia 2014

Filmomania

Sobota: jazda w PIKERZE.
Jak zwykle podróż z przygodami, standardowo, nie koniecznie bezpiecznie, ale co nas nie zabije... :)
Pierwsze wrażenie wywołało sprzeczne uczucia, jednak po jeździe byłam bardzo zadowolona. Miałam pierwszą konkretniejszą jazdę skokową od dłuższego czasu. Pokazano mi jakie robie błędy na skoku i jak sobie z nimi poradzić, wreszcie coś konkretnie wpłynęło na moją technikę.
Rozgrzewkę rozpoczęłam od ćwiczenia: najazd w galopie na 3 drągi (co foule), za drugim drągiem do kłusa, po kilku krokach znowu zagalopowanie. Koń, którego dostałam na jazdę, Taurus, był znieczulony na pomoce, więc nie było to łatwe, jednak udało się.
Następnie pojechałam pojedyncze przeszkody, potem dwa ustawienia parkuru.

Bardzo pomocne dla mnie okazało się "wychodź z tułowiem do góry, nie do przodu".
Moja technika skoku przedtem:

Po kilku próbach i wskazówkach:

Parkur 1. (drugi, który wyszedł mi bezbłędnie, niestety się nie nagrał)

Sklejka z filmików ogółem :)

Z jazdy pozytywnie zapamiętało mi się to uczucie wyluzowania na skoku, brak spiny, po prostu hop i spokojnie dalej. Podświadomie bardzo obawiam się wyłamywań u koni, zaczynam się wtedy czaić. Jak tylko zobaczyłam, że ten koń nie wyłamie, a nawet mnie wyratuje, zaufałam mu i mogłam się skupić na swoim dosiedzie. A jako iż poprawie uległ mój dosiad skokowy, źle wyglądał mój dosiad ujeżdżeniowy- za krótkie puśliska plus siodło samo trzymające pupę, nie koniecznie tam gdzie powinno.


Niedziela
Zolka skakała w korytarzu. Stopniowo, coraz wyższe przeszkody, a potem niewielkie pod jeźdźcami.


Pod jeźdźcem na początku Zola bardzo pędziła, z powodu braku równowagi zapewne oraz łydek przyłożonych do jej boków (teraz pracujemy nad zawalczeniem nadwrażliwości Zolki na przylegające łydki).
Klacz kuliła też uszy w reakcji na nacisk cordeo na szyję.
Nie wiem czemu, filmik jest bardzo rozciągnięty, niewiele na nim widać, jednak ukazuje prędkość z jaką Zola się kierowała na szereg ;)


Podejście nr 2.

Końcówka pracy (pod Olą):


Wtorek
Wygalopowanie:

Stęp:
Kłus:



Środa
Praca na linie:

Nauka "ustępowania od łydki"

Prowadzenie




Jazda na halterze:
Spontanicznie, stąd jeansy, adidasy i brak kasku.





PODSUMOWUJĄC:
Praca, praca, praca, praca i jeszcze raz praca.
Nie siedzimy na udach.
Z ciałem w górę, nie w przód.


UP_DATE.

Dodaję opis weekendu w Wawie.
Piątek: Stępowanie na grzbiecie Lilki, śmieszny hucuł.

Sobota: Wolontariat w stajni, po południu samowola na Batim. Zrobiłąm źle, bo zamiast go rozkłusować tak baaardzo solidnie na luźnej wodzy od razu ją nabrałam. Na szczęście zwróciła mi uwagę Pani Ewa. Potem było fajnie, jedno ustępowanie w kłusie wyszło, było jedno przejście z galopu do ćwiczebnego kłusa w pełnej harmoni! Nie wywaliło mnie z siodła, nie spięłam się, ani fizycznie ani mentalnie. Czad! Szkoda,że tylko raz. Chciałabym więcej lonż dosiadowych.
Ten moment w ćwiczebnym, gdy wszystko się zgadza i jest niewymuszone, jest magiczny. Jak raz zobaczy się, iż to w ogóle możliwe, cały czas chce się tam wracać. Tylko że samemu ciężko.
Potem terenik, taki lajtowy, nad Wisłę. Lilka, pierwszy raz w terenie, była dzielna. Od razu położyła się w wodzie.  Piękne widoki! Plaża, konary, lśniąca woda, konie... czego chcieć więcej?
Wieczorkiem zakonserwowałam sprzęcior.

Niedziela: jazda na Faworce: bez rewelacji. Znowu zaczęła się moja kombinatoryka rękoma, w sumie rozpadła mi się w głowie koncepcja prowadzenia na zewnętrznej wodzy. Kumam w 60 %, a to nie dobrze. Muszę umieć sobie coś wyobrazić by potem to przełożyć na rzeczywistość. Gdy coś widzę w teorii w 100 %, to na jeździe mogę to przełożyć mniej więcej w 20 %. Więc statystyki są marne :) Bark ma być luźny i podążający, napięcie stałe, ale w razie potrzeby minimalizowane. Stale trzeba myśleć, albo nie myśleć. Chwała Kosi za to, że każe mi o rękach nie myśleć, żebym ja tylko się tego słuchała cały czas.
No i leń ze mnie! Kurcze, łydki mają działać, a nie wisieć bezwładnie i czekać na cud!
Potem korytarzyk dla Faworki oraz dla Wanilki! Hucuł daje rade!
Na koniec znowóż samowola na Batulcu, tym razem super. Rozprężenie aktywne, na luzie. Po nabraniu wodzy też było aktywnie! Czułam pracę  grzbietu i zadu. Pilnowałam tego cały czas, cięzko było mi więc siąść w mój mierny ćwiczebny. Po za tym Bati ma troszkę obolały kręgosłup, więc się bronił, a ja nie chciałam przeciążyć. Zagalopowania dobre, bez wpędzania i bez spiny. Oczywiście za pierwszym razem schemat sie powtórzył, ale naprawiłam błąd. Chody boczne szły mi słabiej; pomoce nie siłowe, ale mało skuteczne- braki w wyczuciu się kłaniają.

Podsumowanie:
PRACA PRACA PRACA PRACA PRACA PRACA PRACA PRACA PRACA!
Jeśli marzę o srebrze tudzież zawodach- PRACA PRACA PRACA PRACA
Trzeba się starać cały czas i stawiać sobie wymagania. coraz to większe.
Siedzieć na tyłku, współdziałać krzyżem, rozluźniać barki i szyję! głowa w naturalnym położeniu.

Do napisania!

PS
W pokoju budel
Lekcje nie odrobione
Brak życia towarzyskiego
Telefon zostawiony w Wawie

Nic się nie zmieniło :)

poniedziałek, 24 marca 2014

Świadoma swej nieświadomości, chcąca poczuć wszystkie kości

Na wstępie...
Jestem małą farciarą!
Wyłowiłam na ciuchach bryczesiki EURO-STAR, jak nowe, idealnie na mnie pasujące :) Zaoszczędziłam 350 zł!!

W niedzielę rano byłam u Zolki, miałyśmy jechać w teren, ale się okazało, że ta wypożyczona kobyła jest bardzo nie wychowana, ba! nie ujeżdżona. Niestety z terenu nici, nie chciałyśmy męczyć i siebie, i kobyłki, która ponadto prawdopodobnie cierpi na szpat. Za to Zolka zachowywała się bardzo poprawnie. Co prawda na początku z zainteresowaniem obwąchiwała zadek koleżanki i podkłusowywała za nią, ale przy konsekwentnym upominaniu zaprzestała. Przy odprowadzaniu pożyczonej kobyłki do właściciela, bez problemu odjechałam od niej i pojechałam do domku, a Zolę miałam na halterku :) Potem powtórka z literatury w zakresie ja idę-koń idzie, ja stoję-koń stoi.
Było super! Udało mi się kierować koniem stojąc: przy łopatce, przy brzuszku, przy zadzie! Z tego ostatniego byłam dumna, szłam prowadząc konia wzrokiem i jedną ręką ( sugestią ), drugą głaszcząc między tylnimi nogami.
Potem pokazałam Oli jak wymagać od konia takiego skupienia i pilności w podążaniu, było jej chyba troszkę nieswojo, szczególnie na początku, ale pewne schematy po prostu muszą wejść w krew. Potem ręce i nogi same się układają :)

W południe Kosia zgarnęła mnie do Warszawy. Batulec miał ropę w kopytku, dlatego jest wyłączony z jazd, ale jako iż kopyto musi pracować, wsiadłam na niego na oklep na stępa. Spróbowałam robić kilka figur, to jest zwrot na zadzie (jak się okazało do tej pory robiłam półpiruet, myśląc, że to zwrot ;p), ustępowanie od łydki, łopatką do wewnątrz. Czasami coś wychodziło naprawdę ładnie, ale większość czasu było przeciętnie. Miałam momenty, że chciałam coś zrobić za mocno, zbyt siłowo przykładałam łydki czy przesuwałam dosiad (tak, o dziwo, da się :d). Dalej mam problemy z synchronizacją pomocy, ale cóż, do pewnych rzeczy najwidoczniej potrzebuję więcej czasu. No i tempo, tempo, tempo, w stępie też, tym bardziej!

W między czasie gruby hucułek śmigał na lonży, potem była hipoterapia. 

Na koniec miałam jazdę na Faworce.
Byłam troszeczkę przestraszona, gdyż Kosia opowiadała, że ostatni tydzień to nie był czas dla Fawora korzystny. Odetchnęłam, kiedy się okazało, że jest to bardziej zamuł niż pędzenie tak, że o matko, nogi się połamią! Mimo wszystko wolę pracę z końmi, które nie mają samobójczych zapędów (za-pędów, hehe) :D
Zapobiegawczo najpierw klacz rozgrzała się na lonży. Kiedy już wsiadłam wykazywała się wybitnym opanowaniem przy straszliwych i przerażających drzwiach, wyskakującej nagle drapieżnej Kośce... tak, niezapomniany widok :) 
Było w miarę ogarnięcie, tylko oczywiście odzywają się u mnie stare nawyki z manipulacją wodzami i blokady w działaniu nogami. W galopie nie mogłam "siąść na tyłku", gdyż ponieważ wydawało mi się, iż koń baardzo wisi na pysku i że go ciągnę. Kosia po jeździe mi wyjaśniła, że gdybym siadła i obudziła ją łydeczką, to przód by się uniósł i wszystko by się zgadzało... no ale Dianka ma swoje głupie blokady, które powooli przełamuje.
Potem była lonża! Tak, jak ja kocham lonże! Odkryłam kilka Ameryk. Na przykład, co jest proste i logiczne, żeby koń zareagował trzeba, kurka rurka, zadziałać. Ale naprawdę zadziałać, nie tylko udawać, że się działa. Po godzinnej jeździe nogi (uda) mi od ich "zamykania" odpadały; jednak wciąż brak mi wyczucia kiedy odpuścić by Faworka szła dobrym tempem, nie szaleńczo szybkim, ale wciąż kłusem. Poczułam świadomie fajną sprawę- siedzimy z "odklejonymi" udami i przyłożonymi stale łydkami, w razie potrzeby je tylko dociskając. Fajna i jakże logiczna rzecz- mając zakleszczone uda jak można je zakleścić bardziej by zadziałać wstrzymującą półparadą? Trzeba mieć je luźne i zaciskać tylko w konkretnych przypadkach.
Ogarnęłam też, że żeby zagalopować naprawdę wystarczy przestawić łydkę i wysłać konia dosiadem, bez spiny. Da się? No oczywiście. 3 razy na dziesięć prób, ale co tam.
Oczywiście bez "przygód" się nie obyło ;) Faworka zaplątała na moment tylną nogę w bat do lonżowania i ponoć zrobiła coś tak jakby chciała zagalopować tak bardzo szybko, momentalnie, wskoczyć do galopu. Ja to poczułam jako serię podskoków, w stylu rodeo.
Po lonży, gdy włożyłam strzemiona, puśliska jak zwykle magicznym sposobem się skróciły. Nie wiem jak, chyba czary :)
Najlepiej mi pomogło ćwiczenie: przejścia z galopu do kłusa i od razu do stępa cały czas krążąc ręką w tył. Musiałam się skupić na dwóch rzeczach, działać dosiadem (nie miałam wodzy) i nie było możliwości spięcia barku. Rewelacja!

To tyle :) Niestety zdjęć z jazd nie mam, ale opis na pamiątkę sobie chociaż zostawię :) Czytając obrazy do mnie powrócą...

W tą sobotę jazda w PIKERZE. Być może będzie ciekawie :)

A tymczasem powracam do mojego pięknego przemeblowanego pokoju, całować bryczesy i kuć na chemię.
Zgłębiać świadomość i rozciągać uda i pupsko! Otwierać miednicę! :)
Artemis